czwartek, 29 stycznia 2015

Obywatelka K432222



       Wraz z nadejściem 2050 roku, kiedy nastroje społeczne sięgnęły dna. Po tym jak dotarło do nas – społeczeństwa polskiego, że już lepiej nie będzie. Że korupcja władz, niewypłacalność emerytalna, przywileje grup czy upadek służby zdrowia to szara codzienność, na którą zgadzaliśmy się latami, na którą przymykaliśmy oczy, od której emigrowaliśmy daleko na zachód lub okłamywaliśmy samych siebie – czekając na lepsze dni. Te lepsze dni nigdy nie nadeszły. Owego 2050 roku, gdy wyglądam za okno widzę narkomanów, zapijaczonych starszych panów czy żebrzących na ulicy – już nie o monetę, a o kawałek chleba. Widzę światło ogniska w opuszczonym blokowisku naprzeciw – bo większość z nas potraciła domy, a jeśli je zachowała to stały się one zimnymi pustostanami bez prądu czy dostępu do wody. Widzę szwendające się grupy ludzi, większość po czterdziestce, bo tak młodych jak ja, jak na lekarstwo. Skutki niżu demograficznego – o tym też mówiono, wszędzie. Każdy to przewidywał, nikt tego nie powstrzymał. Niedługo wymrzemy wszyscy, cały naród – tacy jak ja z głodu lub reszta nas ze starości i z głodu. Lub pozabijamy się wszyscy nawzajem. Mało kto myśli o samobójstwie, ci starsi z obawy przed piekłem, ci nieliczni, młodsi wciąż z każdym zdobytym kęsem chleba liczą na zmianę. Głupcy. Oni nie wierzą już w Boga, który dla jednych jest ostatnią ostoją spokoju, a dla drugich przeklętą baśnią, podstawą do wcześniej stanowionego prawa.
       Politycy z kolei mają się dobrze, sami wyemigrowali, stanowią prawo z innego kontynentu, wydają rozkazy i karmią nas propagandą. O tym jak ciężko pracują nad zmianą obecnego stanu rzeczy, jak blisko upragnionych rozwiązań już są. Jesteśmy własnością pozostawioną samą sobie, gospodarstwem bez gospodarza. Pomiędzy starymi wojennymi melodiami, podniosłymi pieśniami chodzą pogłoski, że mamy zostać przyłączeni do innych państw. Że to nam pomoże i poprawi nasz byt. Z pewnością poprawi byt polityków, i to w odpowiedniej walucie, bo polski złoty już nie istnieje. Prawie każdy mur w mieście pokryty jest rzymską liczbą V – jako przestroga widma piątego rozbioru naszego kraju w połączeniu z symbolem victorii, upragnionej, wyczekiwanej. Niestety pomiędzy kombinowaniem kolejnej racji żywności, a potyczkami o spokojny sen, nikt nie ma ani ochoty, ani siły zmieniać zalęgniętej rzeczywistości. Aż do 2052 roku, wtedy wybuchła rewolucja.
       Był ciepły majowy wieczór, gdy zabarykadowana z pozostałymi dziesięcioma kobietami nerwowo nasłuchiwałam obcych kroków. Nie miałam męża ani dzieci, ani wcześniej ani dzisiaj. Od zawsze dbałam tylko o siebie, a gdy nadeszły te trudne czasy przygarniałam pod swój skromny dach każdego, kto tego potrzebował. Były tutaj kobiety, które straciły mężów, Ida - starsza pani, którą pewnego dnia dosłownie wniosłyśmy umierającą z ulicy. Były też siostry, które pieszczotliwie nazywałyśmy Rączkami – specjalizowały się w drobnych kradzieżach, przynosząc nam zawsze pełne dłonie chleba i tego co akurat udało im się zdobyć. Była tu też moja wieloletnia przyjaciółka Karina, która mimo tego wszystkiego, tego błota w jakim się znajdowałyśmy zawsze potrafiła podnieść mnie na duchu. Sama jej obecność dodawała mi skrzydeł. Zapamiętam ją, jak przebierając nadgniłe ziemniaki podśpiewywała wesoło wulgarne piosenki o władzy, o ludziach, o utraconej miłości. Byłam też i ja, wtedy dwudziestosiedmioletnia kobieta, o kruczoczarnych kręconych włosach, oczach ciemnych jak drewno w naszym ognisku, w których iskierki powoli dogasają. Nosiłam najbardziej wyblakłe i zwyczajne ubrania jakie tylko zdołałam odnaleźć. Nie chciałam przykuwać niczyjej uwagi, chciałam być jak najbardziej przeźroczysta i zapewnić byt im wszystkim. Nie mogło im mnie zabraknąć. Dlatego nosiłam też broń, kulową. Rączki zorganizowały nam kiedyś, z domu jakiegoś myśliwego – świetnie działała jako straszak. Użyłam jej raz i nie żałuję, choć po cichu moje sumienie żałuje za mnie. Od tamtej pory miałyśmy tutaj spokojnie. Nasze, nazwijmy to schronisko, zdobyło swoją popularność jako bezpieczne miejsce dla kobiet, a niebezpieczne dla każdego kto szuka kobiet.
       Ale niestety nadchodziło nieznane. Po rewolucji, do władzy doszło PNK czyli Prawość Naród Katolik. I owszem nasze otoczenie zaczęło się zmieniać. Na ulicach pojawiły się namioty medyczne, zorganizowane zostały ekipy budowlane, służby porządkowe, kościelne, znowu mieliśmy pełne żołądki i czuliśmy się bezpiecznie. Z biegiem miesięcy nasze drzwi nie były już zabarykadowane, a my same zaczęłyśmy myśleć nie o jutrze, a o przyszłości. Zorganizowano powszechny spis ludności. Mieliśmy szansę na odnalezienie swoich bliskich, niektórym z nas nawet się poszczęściło. Oficjalnie zostały nam też po przydzielane prace, mieszkania, domy. Zwłaszcza tym, które zdecydowały się założyć rodziny. PNK rosła w siłę, dawała i nie zabierała, zyskiwała poklask i kolejnych oddanych wyznawców. Nasze miasto zaczęło przypominać miasto. Wszystko wracało do normy, lecz niestety norma dla mnie oznaczała coś innego.
       W ciągu kolejnych trzech lat mój dom zaczął pustoszeć. Pani Ida została zabrana do przytułku dla starszych ludzi, siostry powychodziły za mąż – co stało się ostatnio niemal powszechną modą. Moja przyjaciółka Karina wybrała się do innego miasta, zaraz po przydzieleniu jej do prac edukacyjnych, a ja zostałam wydelegowana do prac społecznych w pobliskim oddziale przydziałów mieszkalnych. Już pierwszego dnia zostałam poinstruowana, że każda próba korupcji będzie surowo karana śmiercią. Każdy mieszkaniec miał oficjalne konto bankowe w jedynym Głównym Banku Państwowym, oficjalny numer obywatela i tak zwaną kartę identyfikacyjną. Określenia „moje” i „nasze” zaczęły nabierać wspólnego znaczenia. Nie było mnie jako jednostki, widniałam jako obywatel numer K432222.
       Po pracy znowu wracałam do mojego mieszkania, gdzie czekała na mnie pozostałość po naszej małej rozbitej rodzinie. Planowałyśmy urządzić swoje pokoje, zorganizować nawet małą zabawę na cześć świętego spokoju. Wtedy zostałam wezwana do Wydziału Spraw Osobistych, przy Urzędzie do Spraw Obywatelskich. Dziewczyny nawet gratulowały mi i wróżyły nagrody za działalność na rzecz kobiet w tamtym trudnym czasie. Osobiście miałam mieszane uczucia, przytuliłam każdą z osobna i prosiłam by o mnie pamiętały.
       Na miejscu czułam się niepewnie. Ze ścian krzyczały propagandowe plakaty o budowaniu przyszłych pokoleń, pracy na rzecz ogółu, a na stolikach zalegały stosy broszur matrymonialnych - „Mężowie/żony do wzięcia”. A w moich oczach wręcz – zapłodnienie na zawołanie. Wezwano mnie do pokoju z ogromnym biurkiem i aktami równo ułożonymi na nim. Odbyłam długą i nieprzyjemną rozmowę na temat swojej przeszłości. Tej, która gdzieś tam widniała w bazach danych, z czasów gdy istniał wolny Internet. Zostałam posądzona o homoseksualizm. Oczywiście dostałam ultimatum, miałam pół roku na założenie rodziny, a cała sprawa zostałaby zamknięta. Jednak było to dla mnie nie do przełknięcia. Na moje słowa, że wybieram więzienie urzędnik tylko siarczyście się roześmiał. Poinstruował mnie, że PNK to nie barbarzyńska partia, a miłosierne ugrupowanie o podstawach katolicyzmu. Dorzucił od siebie jeszcze zapomniane „Chłopak, dziewczyna – normalna rodzina!” nie przerywając charakterystycznego, obleśnego śmiechu. Zostałam odesłana na leczenie do ośrodka na wschodzie Polski. Z miejsca, niespakowana, niepożegnana. Z niewygodną myślą, że moje dziewczyny usłyszą najgorsze kłamstwa na mój temat. I przerażona, co stanie się z nimi dalej.
       W Państwowym Ośrodku Leczenie Zboczeń zastałam „swoich” podzielonych na tych załamanych, tych już wypranych i takich, którzy nie mieli zamiaru się uginać. Terapie, modlitwy, zajęcia odbywały się w grupach mieszanych. Prowadzone były głównie przez kobiety, tak aby zminimalizować ryzyko gwałtów, które „mogłyby pogłębić wasz wstręt do mężczyzn” - cytując jedną z naszych terapeutek. Mężczyznom podawano lekarstwa, jak mniemam na spowolnienie popędu seksualnego. Nasze „mentorki po heteroseksualnym świecie” ubrane były od stóp do głów, a my same byłyśmy okryte fioletowymi, bezkształtnymi szatami. Wtedy, w jednej z tych nijakich szmat zobaczyłam najpiękniejszą istotę, jaka kiedykolwiek stąpała po ziemi. Nie wiem czy był to wpływ akurat wyklepanej modlitwy w dobudowanej kapliczce, ale miałam wrażenie, że ciepłe pomarańczowe światło wręcz od niej bije. Jej usta poruszały się delikatnie i rytmicznie, jej oczy zbiegały nieśmiało w dół za każdym razem gdy na nią spoglądałam. Nie mogłyśmy znać swoich imion, rozmawiałyśmy tylko na terapiach, przy superwizji mentorek. Im bardziej była dla mnie niedostępna, tym bardziej chciałam ją sobie udostępnić. Nie mogłam opowiedzieć o niej nikomu, nosiłam w sobie tylko to małe ziarenko, które cicho kiełkowało muskając motyle w moim brzuchu. Zakochałam się w jej mądrości i sposobie mówienia. Na spotkaniach wpatrzona zasłuchiwałam się w jej historiach, które opowiadały między wierszami o jej sposobie patrzenia na świat. Nie wiedziałam czy i co widzi we mnie, ale właśnie ta niepewność zmusiła mnie do bardziej radykalnych działań.
       W moim przypadku terapie nie przynosiły żadnego skutku. Wiem, że większość gejów niosących nad sobą widmo kastracji godziło się na stawiane sobie warunki. Wkrótce opuszczali ośrodek parając wyuczoną niechęcią do mężczyzn. Nam lesbijkom pozostawało przeciąganie kolejnych faz leczenia, pozostając wśród podobnych nam lub popełnianie masowych samobójstw, które były jakby zrzuceniem ciężaru z obowiązków państwa. Po fazie nienawiści do tego miejsca, zaczęłam stopniowo przywykać do tego co tutaj się dzieje. A nie było to trudne, w porównaniu do katorg jakie przechodziłam jeszcze kilka lat temu w domu otoczonym zamieszkami i biedą. Postanowiłam stopniowo udawać proces ozdrowienia, wyraziłam chęć przystąpienia do zakonu i w międzyczasie zostawiałam jej krótkie wiadomości na szybie, która pod wpływem mojego oddechu pokrywała się parą wodną. Po tygodniu przełamała się i napisała „Jestem Ania”. Poznanie jej imienia było dla mnie ważniejsze niż cokolwiek innego na tym świecie. Dostałam skrzydeł i z biegiem czasu nauczyłyśmy się naszej własnej cichej komunikacji. Liczyłam, że w końcu nadejdzie taki dzień, kiedy ktoś o czymś zapomni, że drzwi nie zostaną domknięte, że wydarzy się coś, co pozwoli mi mieć jej głos tylko dla siebie. Przecież my, nawet te mentorki, lekarki, terapeutki – jesteśmy tylko ludźmi. I nie przeliczyłam się. Przy okazji wyjścia do ogrodzonego parku, w zimowy dzień przed Bożym Narodzeniem, gdy nawet tutaj zawitała świąteczna bieganina – stało się. Stałam ukryta w kącie budynku, gdy przyszła ona, skrzypiąc stopami po białym puchu. Wtedy powiedziała mi „witaj” po raz pierwszy. Moje ciało się zagotowało. Jej jasne kosmyki przepięknie kontrastowały ze zmarzniętą czerwieniącą się skórą na policzkach. W jednym momencie dotknęłyśmy swoich dłoni i w tym jednym momencie wiedziałam, że jakiekolwiek one nie były, to miała jakieś uczucia w stosunku do mnie. I to mi wystarczyło by ją pocałować, nieumiejętnie i krótko, ale mocno i czule. I gdy już przedarłam się przez jej słodkie, delikatne wargi wdzierając się swoim językiem w poszukiwaniu jej, dobiegły nas szybkie kroki i musiałyśmy powrócić do poprzednich zajęć.
       Przez kolejne tygodnie moje ziarenko rozrosło się do postaci bujnej, egzotycznej roślinności. Nie potrafiłyśmy maskować się tak dobrze jak wcześniej. Musiałam patrzeć na nią więcej i więcej, moje serce domagało się tego. Nasze ramiona muskały się w przejściu, nasze dłonie stykały przy każdej bezpiecznej okazji. Nasze sny wędrowały w ten jeden, jedyny zimowy wieczór. Niestety w naszych oczach też zachodziła zmiana. Stawały się zmęczone, smutne, zatroskane. Kolejnego dnia nakreśliła w powietrzu dwa słowa: „już nie” i zaserwowała mi delikatną łzę, krążącą ku dołowi. Wiedziałam, że albo coś się wydarzy, albo ktoś w końcu odkryje nasz mały sekret. Jedyna zmiana, jaka we mnie zaszła w tym ośrodku, to to że zaczęłam się modlić. Szczerze, rzewnie, ale nie o heteroseksualizm, a o możliwość bycia z Anią.
       Nadeszła kolejna zimna noc, taka sama, jak każda wcześniejsza od dłuższego czasu. Tak przynajmniej myślałam. Gdy krążyłam między jawą, a snem, w myślach między moimi, a jej ustami usłyszałam krzyki i huk. Wyskoczyłam na równe nogi. Usłyszałam płacz Anny, głośne pytania „pielęgniarek” - „kim jest Katarzyna?! Mów!”, wyjrzałam za drzwi i spojrzałam w jej oczy, wynosili ją w kierunku gabinetu, poruszyła ustami wymawiając „kocham cię” w moją stronę i zamarłam. „Pielęgniarki” spojrzały raz na mnie i raz na nią po czym zatrzasnęły moje drzwi. Płakałam samotnie w pokoju, do samego rana.
     Na drugi dzień dowiedziałam się, że Anna mówiła we śnie, że to ją zdradziło. Została przeniesiona natychmiastowo do innego ośrodka. Nie istniała najmniejsza szansa, żebyśmy się ponownie spotkały. Wróciłam do pokoju się pomodlić. I wtedy pierwszy raz pomyślałam o samobójstwie. Powiedziałam o tym tylko Bogu. I zanim wszystko się zaczęło, wszystko się skończyło okraszone szeptem „ja ciebie też kocham Aniu”.

3 komentarze:

  1. Opowiadanie całkiem dobre, ale jakoś nie mogę się oprzeć wrażeniu, że coś mi nie pasuje. Nie wiem może za szeroko rozpisałaś się o rzeczywistość bohaterki a za mało o jej emocjach po poznaniu tej dziewczyny. Wiem, że to tylko krótkie opowiadanie i trzeba się ograniczać żeby nie wyszła z tego powieść ale ja przesunęłabym ten balans między rzeczywistością a emocjami w stronę emocji. Momentami nie gra mi coś też stylistycznie. Niemniej jednak przyjemnie mi się to czytało i z niecierpliwością czekam na kolejne wpisy:)

    OdpowiedzUsuń